Notatki Narzeczonej | Przemyślenia

Tygodnik Narzeczonej #5

10 kwietnia 2016

Dążenie do idealności to porywanie się z motyką na Słońce oraz walka z wiatrakami.

Okres narzeczeństwa chciałabym zawsze pamiętać jako czas intensywnego rozwoju zarówno osobistego, jak i tego w relacji.

O ile praca nad związkiem, mierzona kolejnymi wspólnie przerobionymi zagadnieniami z książki powolutku przesuwa się do przodu, o tyle w temacie rozwoju osobistego cisza.

To znaczy nie całkowita cisza, ale miało być intensywniej i więcej, a jest mniej. Nie chcę się usprawiedliwiać, czy narzekać, ale dotarło do mnie z całą mocą że tak naprawdę nic się nie zmieniło.

Czuję się bardziej kochana, i deklaracja Ukochanego odnośnie naszego wspólnego życia ma dla mnie ogromne znaczenie, ale niesamowity przypływ mocy który poczułam w pierwszych tygodniach był tylko solidną dawką endorfin wystrzelonych do mózgu. Nie jest z biologicznego punktu widzenia możliwe aby kawałek złota na palcu dodawał kobiecie nadprzyrodzonych mocy. Po miesiącu okazuje się że nadal jestem zwyczajnym człowiekiem. Nadal potrzebuję jeść i spać, i nie jestem w stanie funkcjonować tyrając 18 godzin na dobę. Hormonalny zastrzyk energii wyczerpał się i pora na nowo odnaleźć się w narzeczeńskiej codzienności.

Miałam takie marzenia, że w związek małżeński wejdę jako osoba idealna. Miałam nadzieję, że uda mi się pokonać do tego czasu ogrom wad i słabości, które ciągną się za mną mniej więcej od przedszkola. Tymczasem im dłużej chodzę po tej Ziemi tym bardziej mam wrażenie że wcale mi się nie uda 🙂

Życie to ciągły rozwój, wszyscy to wiemy, jednak myślę że najważniejszym krokiem na drodze tego rozwoju jest wyrażenie zgody na własną nie-idealność.

Myślę, że całkowite zaakceptowanie swojej osoby jest wyzwaniem, z którym większość ludzi przegrywa. Nie jest łatwo przyznać, że nie wszystko od nas zależy, nie nad wszystkim mamy kontrolę i po ludzku jesteśmy słabi.

Mam wrażenie ze zaakceptowanie słabości Drugiej Połówki jest o niebo łatwiejsze niż własnych, a jednocześnie mam świadomość że bezwarunkowa miłość do siebie do brama która otwiera drogę na rozwój. Można by pomyśleć, że jest zgoła inaczej. Wychowani w duchu skromności i samoumniejszenia żyjemy w przeświadczeniu że moment zaakceptowania i pokochania siebie jest momentem spoczęcia na laurach i zaniechania jakiejkolwiek pracy nad sobą. Tymczasem bez dwóch zdań tylko pokochanie siebie, i przyznanie sobie prawa do słabości może pozwolić na konkretną poprawę mierzoną nie słowem a czynem.

Takie myśli ma pięciotygodniowa narzeczona 🙂

 

  • Kurcze, fajny pomysł z tym tygodnikiem narzeczonej! Fenomenalny. Jest tyle rzeczy, tyle nowych emocji, które nam umykają, bo ich nigdzie nie zapisaliśmy. A to jest przecież tak ważne!